Początek

To miała być kolejna spokojna noc. Pielęgniarka dyżurna zrobiła wieczorny obchód, po czym zamknęła izbę przyjęć. Na oddziale zostały przyjęte 4 kobiety – położne będą mieć co robić –  pomyślała kładąc się wygodnie na sofie w pokoju lekarskim. Była 23:00. Cisza i spokój. Dość szybko zapadła w głęboki sen cicho wciągając i wydychając powietrze. Gdzieś na korytarzu jarzeniówka nerwowo mrugała i buczała. 

Na zegarze w sali dochodziła 2:30 gdy jej kojący sen przerwał dzwonek. Podniosła głowę nasłuchując czy się jej to nie przyśniło. Dzwonek się ponowił – tym razem dłużej i głośniej. Masz Ci los. Założyła szpitalne pantofle i wolnym krokiem udała się pod drzwi izby przyjęć. Już przez szybę zobaczyła stojącego mężczyznę. Uchyliła drzwi:

– Słucham – zapytała lekko zirytowana i zaspana.

– Szukam porodówki, to tutaj? – lekko zdyszany mężczyzna zdawał się zdezorientowany.

– Tak. Ale Pana nie wpuszczę.

– Dlaczego? – skonsternowany mężczyzna otworzył szeroko oczy.

– No jak to dlaczego – Covid. Nie wie Pan?! – pielęgniarka była już wyraźnie wzburzona i zaczęła zamykać drzwi.

– Ale ja z żoną… – mężczyzna starał się zrozumieć absurd sytuacji.

– Co z żoną? – zapytała jeszcze przez wąską szczelinę.

– No z żoną przyjechałem – moja żona rodzi.

Pielęgniarka lekko się ożywiła.

– Jak to rodzi, gdzie?!

– No, w samochodzie.

– No to dawaj ją Pan tutaj! Na co Pan czekasz!

Mężczyzna odwrócił się na pięcie i pobiegł w kierunku zaparkowanego samochodu. 

Ten mężczyzna to ja.

Zaczyna się!

Według wyliczeń lekarzy Szymon miał zjawić się na świecie 15 grudnia. Jak się okazało pomylili się tylko o dzień. W nocy z 15 na 16 grudnia zostałem wyrwany z okowów snu zdaniem, na które rodzice niby czekają, ale jednak trochę się go obawiają. Przynajmniej ja. A zdanie to: “Tomek, to chyba już”.  Otworzyłem jedno oko: 

– Skąd wiesz?

– Nie wiem, ale chyba czuję skurcze, albo chce mi się siku.

– Poczekajmy i sprawdźmy częstotliwość skurczy, albo po prostu idź się wysikaj.

Sikanie niewiele zmieniło.

Najpierw skurcze były co trzy minuty. Po jakimś czasie już co dwie minuty. Dotarło do mnie co się dzieje, krzyknąłem:

– To już! – zacząłem nerwowo zakładać spodnie.

Agata wykręciła numer szpitala, w którym byliśmy umówieni. Wybrzmiał krótki dialog, z którego najważniejsza informacja poraziła nas jak grom z jasnego nieba: 

– Nie przyjmiemy Pani, nie ma miejsc, proszę jechać gdzie indziej – Klik. 

Agata spojrzała na mnie ze łzami w oczach, zapytała:

– Co teraz? Masz plan B?

Plan B? Oczywiście, że mam plan B. W końcu każdy na taką sytuację ma plan B.

Nie miałem planu B.

– Oczywiście. – próbowałem zapanować nad sytuacją – Ubieraj się – w takim razie jedziemy na najbliższą porodówkę. 

Czyli w naszym przypadku “najbliższa” to i tak ta, w okolicznym mieście. Dodatkowo ten szpital był szpitalem  Covidowym i dodatkowo w remoncie.
Zadzwoniłem z zaciśniętym gardłem. Na szczęście – mieli miejsce. Jedziemy. 

Już w aucie skurcze zaczęły się nasilać. Pewnie coś z tym wspólnego miało to, że Agata przez całą drogę czytała opinie o tej porodówce. Mogła tego nie robić, nie było już wyjścia. O 2:15 byliśmy na miejscu. Cisza, głucho, wszystko pozamykane, na stróżówce nikogo. Izba przyjęć na której kiedyś byłem przestała funkcjonować – przenieśli ją z powodu remontu. Tylko pytanie, gdzie? Zaparkowałem samochód i zacząłem biegać od drzwi do drzwi. W końcu znalazłem drzwi, przy których paliło się wątłe światełko. Lekko poirytowany zadzwoniłem. Resztę już znacie.

Po powrocie do drzwi, już z Agata pod pachą, czekał na nią wózek. Przez uchylone drzwi usłyszałem pytanie:

– Co Pani tu robi?

– Rodzę.

– Ale teraz?

– Chce Pani zajrzeć?

Wiedziałem już, że będzie wesoło. Tyle tylko, że mnie zamknięto drzwi przed nosem. W końcu Covid. Pomimo, że porody rodzinne były dozwolone przez rząd w czasie pandemii, ostateczną decyzję podejmował dyrektor placówki. Jak można przypuszczać wiele szpitali dla wygody i minimalizacji ryzyka korzystała z tego prawa. Nikogo poza ciężarną nie wpuszczają na oddział. Nawet ojca. Koniec kropka. Do widzenia.

Poczekałem jeszcze parę minut patrząc przez szybę, czy odpowiednio zajmą się Agatą i wróciłem do samochodu. Nie pozostało mi nic innego jak wrócić do domu. Z drugiej strony perspektywa ciepłego łóżka nie była taka zła. Zanim jednak ponownie zasnąłem, wymieniliśmy z Agatą z 30 sms’ów. Jedyne, co mogłem zrobić to zapewnić jej wsparcie drogą radiową. Jak się później okazało – wystarczyło to na tyle, żeby Agata nie czuła, że jest totalnie sama. Gdy już nie mogła pisać, a w zasadzie gdy zaczęła pisać niejasne komunikaty (podali jej gas) – zasnąłem.

O 7:51 dostałem SMS’a: “Już po, Szymiś urodził się o 6:55”.

Zostałem tatą!

 

Przemyślenia

Po pierwszej radości, zacząłem zastanawiać się czy czegoś właśnie nie tracę nie będąc w szpitalu. Zacząłem się zastanawiać czy Agata nie czuje się samotna, czy wypełniłem swoją porodową rolę ojca, która polega na wysłuchiwaniu obelg ze strony żony za jej zbrzuchacenie.

Nie wiem. 

Z perspektywy czasu wydaje się, że Agata sobie świetnie poradziła z wyzwaniami porodu i jego całą cielesnością. Chyba dobrze, że mnie to ominęło. Dzięki temu ciągle mogę sobie wyobrażać poród jak na filmach. Z drugiej jednak strony, nie mogłem być przy Agacie ani po porodzie, ani do momentu wypisu, czyli przez 3 dni nie mogłem zobaczyć jej i swojego syna. Było to trudne. Nie mówiąc już o braku możliwości kangurowania Szymona. Nie pomagał Internet, który wręcz huczał od dobrodziejstw kangurowania i jego koniecznego wykonania. Było mi smutno z tego powodu. Miałem poczucie, że nie mogę być tam gdzie powinienem – czyli opiekować się Agatą w połogu i tulić Szymona w swoich ramionach. W tych momentach byłem zły, a wręcz sfrustrowany.  

Nazajutrz, jedynie, co mogłem zrobić to dowieźć Agacie jedzenie pod drzwi szpitala. Na diecie szpitalnej, zwłaszcza wegetariańskiej, trudno by było zachować dobre samopoczucie. Świeże owoce, warzywa i trochę słodyczy na pewno poprawiły jej nastrój.

Po 3 dniach, dobrych wynikach badań i ogólnej dobrej kondycji zarówno Agaty jak i Szymona  w końcu mogłem ich odebrać. Znów jechałem do szpitala pełen obaw – jak to będzie. Przez całą ciążę Agaty oprócz radości z zaistniałej – oczekiwanej ciąży, zastanawiałem się, co właściwie łączy mnie z tym małym człowiekiem wielkości fasolki rozwijającym się w jej brzuchu. Niewiele: zdjęcie USG. Oczekiwałem czegoś więcej, czekałem na przypływ radości, szczęścia, euforii. Nic nie przypłynęło. Co więcej, momentami zapominałem, że oczekujemy dziecka. Martwiło mnie to, bo nie tego się spodziewałem. Okazało się, że po prostu zapomniałem, żeby niczego się nie spodziewać. 

Gdy ujrzałem w drzwiach Agatę i Szymisia śpiącego w foteliku dostałem to na co czekałem. Przypływ bezwarunkowej miłości. Bezwarunkowej miłości do tego małego człowieka, który zaczyna swoją podróż na tym świecie i zaczyna pisać swoją własną historię.

Gdy myślę, o porodzie z perspektywy czasu głównie pamiętam tylko te dobre emocje. Jednakże, absurd porodów w czasie pandemii nie daje mi spokoju. Oczywiście ktoś może powiedzieć: no ale przecież Covid, trzeba się chronić, minimalizować ryzyko! Jasne pełna zgoda, tylko, że było wiele opcji – przecież wykonałbym test i wszystko by było wiadomo. Niestety nie było to możliwe. Wszystko przez politykę upraszczania w kontekście walki z Covid’em – głównie politykę zakazów.

Jakby nie patrzeć nie pozostawiono mi wyboru. Zostałem pozbawiony jednego z ważniejszych momentów w jego i naszym życiu. Jedyne, co mi pozostało to zrobić wszystko, aby załapać się na pozostałe.


1 komentarz

Szkoła rodzenia – czego Ci NIE powiedzą. – Tatownik.pl · 2 października, 2021 o 12:02 pm

[…] O roli ojca w czasie porodu – ten temat przemilczę bo w czasie COVID ta rola głównie sprowadzała się do roli taksówkarza – więcej tutaj: https://tatownik.pl/index.php/2021/09/19/porod-w-czasach-pandemii/ […]

Dodaj komentarz

Avatar placeholder

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

dwa × 1 =